Ania i Maciek

Ta historia zaczyna się dość dawno, bo na początku lat 90tych. Informacja dla młodszych odwiedzających moją stronę jest taka, że to były dość szalone czasy kiedy otwarte na zachód wrota sprawiły, że zrobiło się kolorowo, o wiele weselej, pobrzmiewała częściej zachodnia muzyka. Jednym słowem fajne czasy. I to właśnie wtedy zmieniłem szkołę, a w nowej klasie poznałem Kamilę. Łączą nas wspólne wspomnienia szkolnego życia, czy wyjazdów na klasowe wycieczki. Można by z tego pewnie jakąś książkę sklecić. Ktoś zapyta co ma z tym wspólnego para bohaterów tej historii. Panna młoda Anna, to Kamili córka. I kiedy przyszedł czas, kiedy przyjęła oświadczyny od Maćka, a w rodzinie ruszyły rozmowy o ślubie i weselu, to Kamila powiedziała: „wiesz Ania, mam takiego kolegę z podstawówki – robi super zdjęcia”.

Tyle tytułem wstępu, ale dodam, że kiedy rano przyjechałem w dzień ślubu do rodzinnego domu panny młodej i spotkaliśmy się z Kamilą po raz pierwszy po ponad ćwierćwieczu, to było coś naprawdę niecodziennego. I jakoś w tej sytuacji musiałem się odnaleźć w tradycyjnym przedślubnym zamieszaniu. A to panowało wyjątkowo w domu Ani babci, który zamienił się na tych kilka porannych godzin w namiastkę salonu kosmetyczno-fryzjerskiego z domieszką salonu mody, w którym jednocześnie unosił się aromat świeżego ciasta. Przy tym wszystkim właściwie nie zamykające się drzwi, bo co chwilę ktoś inny wpadał sprawdzić jak Ania się ma w ostatnich chwilach przed zamążpójściem.

Ja z kolei skoczyłem sprawdzić jak na kilka godzin przed ożenkiem ma się Maciek. Jeśli był zestresowany, to tego nie okazywał. Ale podejrzewałem, po tym jak zobaczyłem wiele pamiątek ze wspólnych podróży, które po całym świecie razem z Anią przebyli, że kolejna – choć najważniejsza w życiu podróż, będzie dla Niego super przygodą.

Po tradycyjnym błogosławieństwie rodziców wybraliśmy się do kościoła. I tu kolejne, po spotkaniu z Kamilą po latach, zaskoczenie tego dnia. Przed kościołem spotkałem Karolinę i Alexa, których fotografowałem niemal równo 10 lat wcześniej. Przypadek? Nie sądzę 😉

Zaślubiny Ani i Maćka odbyły się w jednym z najpiękniejszych kościołów w samym centrum Zielonej Góry czyli świątyni Matki Boskiej Częstochowskiej, przed którym dumnie stoi pomnik patrona miasta, czyli Św. Urbana. Ten ma dbać o urodzaj między innymi winiarzy, a to kolejny znak, bo przecież wesele… Ok, o tym za moment. Ślub Ani i Maćka był o tyle wyjątkowy, że sakramentowi zaświadczał wujek Ani, który jest księdzem. Z kolei przyjaciele pary młodej, którzy pasjonują się śpiewem stworzyli cudną oprawę muzyczną.

Zielona Góra od lat stara się przywrócić tradycje winiarskie, a wielki wkład w to mają okoliczne winnice. I właśnie w jednej z nich miało się odbyć tego dnia wielkie świętowanie. Winny Dworek Stara Winna Góra w Górzykowie, czyli miejsce położone na wzgórzu niedaleko Odry.  Przyjeżdżasz, wysiadasz i patrzysz, po czym mówisz: „jak w bajce”. Miejsce urzekające, bo obok pięknego budynku, w którym mieści się sala weselna, roztaczają się winnice i zabudowa charakterystyczna dla winnic. Do tego malowniczo zaaranżowany ogród, w którym goście wznieśli pierwszy toast i życzyli młodej parze wszystkiego co najlepsze na nowej drodze życia. Krótko mówiąc: komplet.

Samo wesele oczywiście rozpoczął pierwszy taniec, do którego Ania z Maćkiem mocno się przyłożyli. A może to ich wrodzony talent taneczny – tak czy inaczej wyglądało to równie godnie, jak wszystko co do tej chwili miałem okazję obserwować. Czyli zjawiskowo. Nie mogło być inaczej jeśli chodzi o tort weselny. To zawsze podniosły moment każdego wesela, a w tym przypadku był o tyle wyjątkowy, że obsługa sali na ten słodki poczęstunek zaprosiła całe wesele do ogrodu. Gdzie z resztą w poszukiwaniu kadrów i łapaniu momentów zapuszczałem się jeszcze nie raz i nie dwa. Swoją drogą, od początku zakładaliśmy, że winnice i całe otoczenie Winnego Dworku wykorzystamy z Anią i Maćkiem na mini sesję plenerową. Udało się ją zrobić w ostatnich minutach zanim pożegnaliśmy słońce.

Wieczór oznaczał, że wzrośnie intensywność na parkiecie. Z tę kluczową sprawę odpowiadał DJ Pavlo, którego miałem okazję spotkać pierwszy raz, a któremu na koniec szczerze podziękowałem, bo gości trzymał muzycznie super nastrojonych, dzięki czemu miałem okazję zrobić takie zdjęcia jakie właśnie oglądacie. Momentem, w którym chyba dla każdego już było jasne, że tutaj „jeńców nie bierzemy” był „Mój jest ten kawałek podłogi”, który na całe gardło śpiewał tata Ani. Taneczna bitwa między żeńską, a męską częścią weselników kazał mi się zastanowić, czy taką liczbę „klapnięć” migawki zniosą moje aparaty. Goście wytrzymali, aparaty wytrzymały – wszyscy szczęśliwi!

 

Zanim pożegnałem się z Anią i Maćkiem zrobiliśmy jeszcze nieco nocnych zdjęć w ogrodzie. Podświetlona przestrzeń przyozdobiona w makramy aż prosiła się by ją wykorzystać dla stworzenia kilku ponadczasowych pamiątek.

 

Kliknijcie i zobaczcie większą liczbę zdjęć z tego cudnego weseliska Ani i Maćka